2 lata za nami – szkoła bez szkoły

FacebookTwitterLinkedInGoogle+PinboardPinterestDiigoEmailPrint

Kiedy wszyscy świętują koniec szkoły, my kończymy drugi oficjalny miesiąc wakacji. DRUGI? Tak – w kwietniu starsza zdała egzamin kończący drugą klasę i od tego momentu do mniej więcej października nie mamy absolutnie żadnych obowiązków szkolnych.

Dawno nic już nie pisałam o naszej edukacji, a coraz więcej osób mnie o nią pyta więc napiszę kilka słów o tym jak wyglądały nasze ostatnie dwa lata.

Czy ty jej urządzasz lekcje?

Pytanie jak urządzamy dzieciom lekcje to jest ostatnio najczęstsze pytanie jakie jest mi zadawane. Uśmiecham się zawsze zanim odpowiem. To pytanie uświadamia mi jak bardzo – my dorośli – jesteśmy systemowi w naszych głowach.

Oczywiście ANI JA Ani Małżonek nie urządzamy w domu szkoły. Być może są tacy rodzice, którzy tak robią. My nie. Zauważyłam, że gdy na samym początku (pierwsza klasa) ja starałam się coś zaproponować, zainspirować, to spotykałam się nie tyle z oporem, co z brakiem entuzjazmu i zainteresowania. Gdy zmieniłam strategię i zaczęłam wsłuchiwać się w to co mówią moje dzieci oraz zaczęłam za nimi podążać, to ich entuzjazm nie gasł, a ja oprócz delikatnych podpowiedzi lub nakierowania na rozwiązanie nie byłam za bardzo potrzebna.

Zapytacie: no dobrze! Ale co z matematyką?

Nic. A właściwie tak samo jak wyżej. Nie wtrącam się. W dni jesienno-zimowe córka rozwiązuje ćwiczenia, które dostajemy od szkoły (tak jak każdy inny uczeń), a ja jestem niedaleko (najczęściej obok, przy swoim komputerze pracując) i raczej nie spotykamy się z wygórowanym problemem. Matematykę zgłębiliśmy w pierwszej klasie nałogowo grając w Eurobiznes. Teraz mamy z górki.

Zapytacie: A angielski?

Angielski to dziwna sprawa. Mamy gry, mamy piosenki, mamy bajki, które są po angielsku. Jak jesteśmy w domu, to z nich korzystamy. Przed egzaminem przeglądamy podręcznik, żeby się nie okazało, że jakiś zakres słów nam umknął. Stawiamy jednak na naturalność i przyswajanie języka mimochodem.

Zapytacie: A lektury?

Wszyscy w domu sporo czytamy. Zwłaszcza zimą. W tym czasie chadzamy też do biblioteki. Nie nazywamy tego listą lektur, ale po prostu co jakiś czas sugerujemy konkretne tytuły książek. Deszcz sprzyja połykaniu wielu pozycji, przez dzieci i przez nas. Królują książki podróżnicze i komiksy. Plus bestsellery jak Dzieci z Bullerbyn.

Zapytacie: A socjalizacja?

Nasze dzieci nie są zamknięte w domu 😀 Jeżdżą na biwaki, chodzą do harcerzy, są w sportowych klubach. Potrafią się zachować w towarzystwie dorosłych i dzieci.

Czy widzę jakieś minusy?

Oczywiście! Jeden największy minus, to fakt, że większość czasu spędzamy razem. Nie dosłownie, ponieważ czasem czy to ja, czy mąż, czy dzieci gdzieś wyjeżdżają. Czasem są zajęcia popołudniowe, treningi itp. Jednak to nie jest tak jak w standardowym szkolnym planie, kiedy to dzieci spędzają większość dnia poza domem. Ten wspólny czas to skarb, jednak potrafi czasem dać w kość i zdenerwować. Musimy dbać o swoją przestrzeń.

Jakie miałam problemy?

Mój głównym problemem przez ostatnie dwa lata było porównywanie się z innymi mamami. I tymi co mają dzieci w edukacji domowej i tymi z edukacji szkolnej.

Naprawdę miałam z tym problem. Naczytałam się na początku blogów i artykułów. Potem miałam głowę pełną pomysłów, potem rozbijałam się o rzeczywistość. Potem zastanawiałam się, czy dobrze wszystko robię i wydawało mi się, że inni robią lepiej.

W pewnym sensie wyleczyłam się z tego tej zimy. Nie wiem jak, ale przestałam czuć presję, którą sama na siebie narzuciłam. Bardziej świadomie rozumiem, że liczy się  nasze szczęście i nasz sposób bycia, a nie kogoś innego. Jesteśmy szalenie różni i każda rodzina jest inna. Jednak w tym porównywaniu było coś niszczącego, tak trochę, ale jednak.

Musiałam nauczyć się pracować w innym trybie

Pracuję zawodowo. Mąż również. Musieliśmy nauczyć się pracować tak, żeby wszystko było jak w zębatym kole. Urządziłam sobie odpowiednie miejsce, zadbałam o odpowiedni czas. Wręcz rozkwitłam jako nocny marek. Moje pojmowanie pracy zmieniło się pod wpływem edukacji domowej. Wolność od systemu staram się wprowadzać wszędzie. Wprowadziłam również wszędzie gdzie się dało automatyzację – tam, gdzie tylko mogę załatwiam sprawy przez internet, a w domu mamy każdy możliwy sprzęt, który nas zastępuje.

Jakie widzę plusy?

Przede wszystkim plusem jest to, że realizujemy życie jako własny scenariusz. Nie jesteśmy podporządkowani dniom wolnym, wakacjom, feriom, zebraniom ani sprawdzianom. Odpoczywamy i  wyjeżdżamy poza sezonem, co pozwala nam na dwie rzeczy:

  • większy spokój i wybór gdziekolwiek nie pojedziemy
  • niższe (niemal dwukrotnie) ceny, co pozwala na jeszcze więcej wyjazdów.

Kolejny plus, to rozwój, który jest samorzutny i ukierunkowany na pasję i zainteresowania naszych dzieci.  Na co dzień pracuję różnymi dziećmi i widzę, że są zmęczone i nie interesuje ich nie wiele więcej niż to co muszą zrobić. W pewnym sensie nie dziwię się tej sytuacji. Zdarza się, że za zadawanie nurtujących pytań w szkole są ganione i wyciszane, więc wycofują się. Gdy jednak są wypoczęte i nie mają ograniczeń same rozwiązują niemałe problemy.

U nas w domu aktualnie króluje konstruowanie wszelkich budowli, dźwigni, armat, samochodów, samolotów, a nawet ognisk. Nieustany plac budowy, którego nikt nie zamierza sprzątać. Za jakiś czas przyjdzie nowa „faza”.

Teraz jest lato. Wykorzystamy je w pełni. We wrześniu przyjdą nowe podręczniki. Jak zrobi się zimno córka pewnie sama po nie sięgnie, rozwiąże szybciej lub wolniej i już. Z wolnym czasem zrobi coś pożytecznego.

Wiem, że część z was dotarła aż tutaj. Wiem też, że cześć z was chciałaby przejść na tryb domowy, ale się waha. To co mogę Ci napisać – nigdy nie poznasz wszystkich odpowiedzi, zanim nie podejmiesz decyzji. To może zdawać się przerażające, że niemal wszystko ląduje na „głowie rodziców”, ale właśnie brak narzuconej organizacji, brak wytycznych, brak kontroli wyznacza początek samodecydowania i wolności.

Czy to też nie jest tak, że to właśnie wolności się boimy?

To taka luźna myśl na koniec 🙂

Bądźcie szczęśliwi 🙂